Beer Geek Madness II przeszedł już do historii. Fala świrów interesujących się piwem zalała Wrocław. Lublin, Gdańsk, Szczecin, Poznań, Kraków, Warszawa, wszyscy w ten wieczór wspólnie próbowali odnaleźć się w Zaklętych Rewirach i ustalali w głowach kolejność degustacji piw czy kupowanych butelek. I wszystkim ta taktyka się posypała...

Tegoroczna edycja festiwalu jest już jego drugą odsłoną. Tym razem eksperymenty browarów miały być skupione wokół tematu przewodniego - alchemii. I tego akurat na festiwalu nie brakowało. Drugim głównym tematem miała być Ameryka i ichnie piwa. Gościem honorowym imprezy został browar The Alchemist, który przywiózł ze sobą dwa białe kruki, India Pale Ale - Focal Banger oraz Double India Pale Ale - Heady Topper. Towarzyszyć im miało kilkanaście pozycji serwowanych w specjalnie przygotowanej alei gdzie lano tylko amerykańskie piwa. Piwa te jednak dość szybko z kranów wyparowały, co spowodowało pierwszy problem z utrzymaniem swojej ciężko opracowanej taktyki. Jeśli ktoś chciał zostawić sobie te pozycje na koniec mógł tylko spijać pianę z kranów. I ja również się na tym odrobinę przejechałem. Warto byłoby pomyśleć na przyszłość, aby piwa w temacie przewodnik nie kończyły się tak szybko. Skoro jestem już w temacie minusów, wspomnę również o oznakowaniu festiwalu, które nie było zbyt fajne. O niektórych miejscach dowiedziałem się dopiero po powrocie do domu. Zajęło mi dobre kilkadziesiąt minut zanim byłem w stanie w miarę płynnie określić kierunki najważniejszych punktów.

Czym były te najważniejsze miejsca? Na samym początku odwiedzić trzeba było kasę aby zakupić żetony, jedyną festiwalową walutę. Jeden żeton kosztował 2zł. Kolejne kroki same poprowadziły mnie ku stanowiskom polskich browarów. A owe rozłożone były zarówno na parterze, jak i na sali głównej. Większość czasu spędziłem jednak na tym niższym piętrze, gdzie kolejki były trochę mniejsze i łatwiej było wyszukać kawałek przestrzeni dla siebie. Niestety przez to ominęła mnie duża część koncertów i wystąpień na scenie głównej. Coś za coś. Po kilku degustacjach ważnym miejscem okazała się łazienka i muszę przyznać, że ze znalezieniem jej miałem nie lada problem, szczególnie, że z każdą sekundą czułem coraz większe ciśnienie aby ją znaleźć. Oprócz tych oczywistych miejsc warto wspomnieć jeszcze o kilku. Scena kulinarna usytuowana była w lekkim odosobnieniu, z dużą ilością stołów i stanowisk z jedzeniem. Całkiem sprawnie można było wybrać coś dla siebie. Ja wybrałem porchette, fajną kanapeczkę z siekaną wieprzowiną i odrobiną dodatków. Szkoda tylko, że podane jedzenie było co najwyżej letnie. Pomimo to okazało się bardzo smaczne. Kolejnym miejscem była scena artystyczna na której można było przystrzyc sobie brodę, machnąć tatuaż czy ułożyć klocki lego. Czyli wszystko co na festiwalu piwa interesuję mnie najmniej, szczególnie, że ani tatuaży ani brody aktualnie nie posiadam i zarazem nie planuję posiadać. Wiele osób wykorzystało tę salę do miejsca spotkań, było tam odrobinę ciszej i spokojniej a wykładzina na podłodze stworzyła namiastkę miejsc leżakowych i siedliskowych, których zdecydowanie na festiwalu brakowało. Bo miejsc siedzących na festiwalu zdecydowanie brakowało. Sytuacja poprawiła się po otworzeniu dachu ale odbyło się to zbyt późno. Dość obleganym miejscem był również festiwalowy sklep. Dość szybko skończyły się w nim piwa w interesującym mnie przedziale cenowym dlatego nie skorzystałem zbytnio z jego dobrodziejstw. Nie można zapomnieć o centralnym punkcie imprezy, czyli sali głównej.  Znajdowało się na niej wszystko co potrzeba. Duża, oświetlona scena, fajnie zaaranżowane stanowiska z polskimi piwami oraz olbrzymia ilość piwnych VIPów. Poza tym w wielu zakamarkach można było wyszukać elementy które tworzyły klimat. Co raz ustawiony był jakiś motocykl, jakaś drewniana beczka, stara paleta. Pomimo, że wydawało się, że otacza Cię wszędobylski bałagan, bardzo pasował mi ten piwniczno garażowy klimat. To, plus olbrzymia ilość fajnych osób, stworzyły atmosferę wielkiej domowej imprezy.

Czym by był festiwal piwa bez piwa. Muszę przyznać, że było w czym wybierać. 13 piw od zaproszonych polskich browarów, uwarzonych specjalnie na tę imprezę, wszystkie nawiązujące tematem do alchemii. Małe w cenie 3 żetonów, duże 5. Same żetony bardzo fajnie się sprawdziły, mocno usprawniały i przyśpieszały obsługę. W zamian za piwo dostawało się kapsel, dzięki któremu można było oddać głos na jedno z polskich piw. Oprócz polskich produkcji dostępne było również kilkanaście piw amerykańskich i podobna ilość piw polskich ze standardowej oferty browarów. Licząc również piwa butelkowe mieliśmy łącznie około 100 piw do wyboru! Jedyną rzeczą która nie do końca się udała w kwestii piwa to ich dostępność. Około godziny 22 trzeba było dość mocno się nachodzić aby wyszukać kto jeszcze ma coś w sprzedaży na kranach. Ale nic to, lepiej mieć zbyt wielu ochotników do picia piwa niż jakby miało zostać. Nie mogę powiedzieć aby któreś piwo oszołomiło mnie najbardziej. Spore wrażenie zrobił Nitro X, czyli West Coast IPA leżakowana w drewnianych beczka uwarzona przez browar Widawa. Podobała mi się w nim głównie dzikość którą złapało od dzikich drożdży, choć niektórym smak ten przeszkadzał. Całkiem przyjemny piwem okazały się również Mgły Chwaliszewa z browaru SzałPiw czyli Szczun z dodatkiem dzikich drożdży serwowany z pianą wytworzoną m.in. z chmielu Citra. Robiło to niesamowite wrażenie. Z zagranicznych piw najbardziej przypasował mi Campfire Stout z amerykańskiego browaru High Water. Świetnie gładki, czekoladowo kawowy. Wybitne piwo.

Słowem podsumowania. Kto nie był niech żałuje! Nie chciałbym aby ten artykuł miał negatywny wydźwięk, było kilka rzeczy nad którymi organizatorzy muszą się pochylić aby na kolejnej edycji ich zabrakło. Pomijając je, okazuje się, że mamy fantastyczna imprezę, pełną piwnych szaleńców i ludzi z branży. Fantastyczne miejsce, niestandardowy klimat i duża ilość piw wykraczających poza standardową ofertę naszych rodzimych browarów. Bawiłem się świetnie, szczególnie, że towarzyszyła mi spora grupa przyjaciół z grupy Piwny Lublin z którymi takie imprezy nie mogą być nie udane. Piwa okazały się szalone, raz lepsze, raz gorsze, ale każde zdecydowanie różne od tych ogólnodostępnych w sklepach specjalistycznych. Do tego dość swobodna możliwość wymiany poglądów z ich twórcami. Z imprezy wychodziliśmy późną nocą gdy już praktycznie nie było co pić i przenieśliśmy się do Wrocławskich multitapów ale to już temat na zupełnie inną historię…

 

Zbigniew Czerniak   Odsłony: 1290